sobota, 27 października 2012

Curse of the Time Lord



"They leave...because they should or they find someone else...and some of them, some of them...forget me. (...) I suppose in the end...they break my heart."


Klątwa władcy czasu. Kiedyś nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. Takie naiwne absolutnie natalkowe myślenie, że wszystko może być "na zawsze" i jeśli tylko bardzo, bardzo czegoś się chce, to możliwe jest wszystko. Ale nie. Myślę tutaj o ludziach, z którymi dzieliło się wszystkim - od jedzenia po opowiadanie wczorajszych snów. I zawsze się wydawało, że jakoś - w jakiś magiczny sposób, to się nigdy nie skończy. To całe wmawianie sobie, że przecież zawsze będziemy blisko, że nigdy nie pozwolimy tej osobie zniknąć z naszego życia. Well, najwyraźniej "zawsze" i "nigdy" nie są tak niezmienne jak byśmy chcieli. A potem nadchodzi życie, brak czasu, nowe obowiązki, nowi ludzie, wiele kilometrów dystansu i nagle wszystko zaczyna zanikać. Nigdy nie zapomnisz o tej osobie, już zawsze będzie gdzieś tam, w kącie twojej świadomości, ale to już nie to samo...  I wtedy przychodzi moment, w ktorym czlowiek zdaje sobie sprawę, że właśnie umyka mu z rąk coś niesamowitego - i co gorsza - że tak musi być. I że na tym właśnie polega życie.
Nie chcę tak. To boli, no. ):

sobota, 15 września 2012

Ona




      " Ona pragnie tego, co niewielu potrafi dać. Pragnie rzeczy prostych. Mało kto potrafi jeszcze robić to co proste. Chce jeść kanapki z topionym serem, moczone w keczupie i podane na papierowym talerzyku, a nie obiad w luksusowej restauracji. Chce siedzieć na plaży o zachodzie słońca, a nie wpędzać urlop w egzotycznych krajach. Otrzymywać skreśloną własnoręcznie kartkę z napisem zależy mi na Tobie, zamiast jubilerskiego cacka kupionego przed trzema laty. Chce, abyś ją uczesał, nie posyłał na cały dzień do salonu piękności.
       Ona pragnie rzeczy jeszcze prostszych. Takich o których można by sądzić, że o nich zapomnieliśmy. Chce abyś spytał ją o zdanie, nim pocałujesz ją po raz pierwszy i drugi. Chce abyś trzymał ją za rękę, kiedy będziecie oglądać stare filmy na kanapie. Chce, abyś przy rozmowie patrzył na nią. Tak wielu z was, chłopaki, się myli. Wydaje wam się, że chodzi o to, gdzie ją zabierzecie, co jej kupicie na urodziny i Boże Narodzenie, wydaje wam się, że wystarczy rozszyfrować jej myśli. Wydaje wam się, że chodzi o to, abyście zostali jej najlepszym kochankiem, i o to, co sądzi o waszej karierze, przyjaciołach, rodzinie, wydaje wam się że chodzi o to wszystko, co nigdy nie będzie miało dla niej znaczenia.
        Nie ma nic przeciw temu, abyś wychodził z kumplami tak często, jak ci się podoba. Chce abyś cieszył się życiem. Możesz pracować poza domem i wyjeżdżać służbowo. Chce, abyś był szczęśliwy w pracy i odnosił sukcesy. Nie musisz być superkochankiem. Chce poznać twoje ciało i nauczyć się swojego. Od czasu do czasu możesz być zachłanny, egoistyczny i wymagający. Chce dojść z tobą do porozumienia. Chce w pełni wykorzystać dany wam czas. Czego ona chce? – ktoś zapytał. Chce tylko być kochana, po prostu. Tak samo jak kocha wszystko w swoim życiu. Nie kieruje się żadną skomplikowaną formułą. Wszystko pochodzi z serca. Chce, abyś ją kochał sercem. Jak dotąd jednak nikt jej tak nie kochał, bo ludzie poświęcają czas na rozmyślania i analizy, na robienie głupstw i wynajdywanie powodów, by nie kochać sercem. "

— Jonathan Carroll "Oko dnia"

sobota, 28 lipca 2012

Ło jezu matko bosko!

Tak sobie przeglądałam tego mojego bloga, przeglądam i nagle takie: ło jezu matko bosko, ale śmierdzące smęty daję! I mi nic plebsy niemyte nie mówią, że zżydziły się posty - jakieś słitfocie, jakieś pitolenie o marlenie i inne niggerskie zagrywki. Nie, nie to, że nagle znalazłam sobie jakiś ambitny, interesujący temat, nic z tych rzeczy, nadal wierna sobie i swoim sprawom olewam wylewnie wszystkie społeczno - polityczno - ideologiczno - jakieśtam problemy. Trochę to i snobistyczne jest, ale w końcu przed słowem "blog" zwykle stawiam zaimek dzierżawczy "mój", co sugeruje wysoki poziom egocentryzmu w moich postach. A może po prostu jestem za leniwa, żeby włączyć myślenie i napisać coś sensownego o wielkich sprawach tego świata. A przydałoby się. Włączyć myślenie, znaczy się. Bo to jednak czasem w życiu się przydaje, no. Podobno. Tak mówią.
Taaaakże tego. Obiecuję nic nie pisać,dopóki nie będę miała o czym. Żeby nie było już takich dodupnych postów o niczym, takich jak ten na przykład.

wtorek, 10 lipca 2012

Two inches, six thousands and five hundred miles

Rozmowy, które się nie kończą. Durne filmy, stare, klasyczne filmy i te całkiem nowe. Ulubione piosenki. Krótkie historie i wiersze, polityka, marzenia, plany i pobożne życzenia. Głęboko ukryte podteksty i najdziwniejsze zachcianki podświadomości. Czarny humor, językowe wpadki, kości policzkowe i rozbrajający głos spikera radiowego. Małe żarty i długie, gorzko-słodkie historie. O wiele za dużo myśli, niewygodna bezsilność, atlantycki ocean. Skromne komplementy i nieskromne myśli. Nocne rozmowy, które się nie kończą. Sześć tysięcy pięćset mil, a brakuje mi tylko dwa cale do granicy, której nie powinnam przekraczać. Ale chciałabym.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Merry, merry, very merry Christmas

Od pięciu minut siedzę przed pustym edytorem i zastanawiam się, co napisać. A raczej od czego zacząć, bo wczoraj wydarzyło się tyle, że mogłabym o tym nakręcić film (a potem oglądać go all over again and again and again). Totalnie, wczoraj był absolutnie najbardziej osom dzień w moim dotychczasowym życiu. Poznań, 10 czerwca 2012, Irlandzki raj, serio.
Najpierw jakiś Irlandczyk pożyczył mi kasę na bilet od kolegi, a potem nie kazał oddawać, bo to i tak nie jego pieniądze. (Swoją drogą ten drugi miał fajną minę jak mu oddałam w końcu te euro). Potem dwaj germano - ajrisze z Glasgow i ich kolega Szkot, który za pomoc w dojechaniu do Poznania postawił mi fantę i snickersa. Lol me, darmowy podwieczorek :"D Co prawda taksiarz ich potem oszwabił, bo się nie zorientowałam, że jednak pięćdziesiąt zeta to trochę przydużo jak za kurs. No szkoda, biedni szkotoajriszogermanie. Oby im się miło zwiedzało Polskę (hah, i powiedzieli, że jesteśmy bardziej cywilizowani od Ukrainy i ładnie wszystko zorganizowaliśmy xD). No a potem moi drodzy, to ja już słów nie mam. Nie dość, że na własne błogosławione, zielone oczęta widziałam tłumy Ajriszów, to jeszcze mnie wyprzytulali (randomowo, a bo czemu nie), wycałowali (gdzie się dało), wygłaskali (w tym bananem O.o), wyściskali (wszystkie kończyny) i w ogóle wymolestowali na fest :D Jeden kolo chciał mi nawet bilet na mecz kupić xD Odmówiłam grzecznie, bo jednak autoban do domu nie zaczeka (choć i tak biegłam na niego przez pasy przy policjantach na czerwonym i grożono mi mandatem). Powiedział mi, że powinnam znaleźć sobie Irlandzkiego chłopaka, bo "we're good lovers". No toś mnie przekonał! Zbieram na bilet :3
To było lepsze od Gwiazdki. Jak to już rzekłam, to był taki made my day że made my life. Seriously. I jeśli kiedykolwiek miałam wątpliwości, czy kocham Irlandczyków, to teraz już wiem. Ja ich uwielbiam.
Tylko szkoda, że przegrali. I że nie było Ewy D:








niedziela, 27 maja 2012

Violet and blue

Kurewskie kolory. Od dwóch godzin próbowałam. Starałam się jak mogłam. A to, co wyszło jest poniżej wszelkich dostępnych w polskim języku określeń dezaprobaty. Już nawet nie beznadziejne. Czuję się jak dziecko, któremu dali plakatówki i kazali skopiować Bitwę pod Racławicami. A egzamin już za miesiąc. A pojebany koleś w ognisku nie chce mi dać farb do ręki, bo najpierw muszę się nauczyć rysować. Jebać rysowanie z którym jest u  mnie jako tako, skoro odtworzenie prostego błękitu zajęło mi hektolitry farby i pokłady cierpliwości, a i tak nie wyszło. A teraz ryczę z nadmiaru frustracji.
Może się po prostu nie nadaję. Idę na włoski.

piątek, 11 maja 2012

La borsa mia.

Spodnie dżinsowe;
Magnez w tabletkach;
Suchary;
Napój i woda;
Stare bilety i paragony (czytaj: podpałka);
Latarka;
Dezodorant;
Internet bezprzewodowy;
Pomadka ochronna;
Krem;
Długopisy;
Progresy;
Gumka chlebowa;
Strugaczka;
Plastikowa kulka;
Wsuwki do włosów;
Portfel (pieniądze, plastikowe karty, wizytówki);
Słuchawki;
Telefon;
Gumki do włosow;
Scyzoryk;

Nie, to nie lista "20 rzeczy, które warto mieć przy sobie w razie ataku zombie", to zawartość mojej torebki. Serio.
Zombie apokalipso, nadchodzę :"D

Brakuje tylko Darryla C:




 

poniedziałek, 7 maja 2012

Six days later

Śniło mi się dziś, że umierałam. Na serce. Tak realistycznego snu nie miałam od dawna.
Pamiętam jakiś szpital i lekarza o mnóstwie maleńkich zmarszczek dookoła oczu. Miał bardzo smutny wzrok. Powiedział, że zostało mi co najwyżej sześć dni. Albo trzy godziny. "Ale ja mam dopiero dziewiętnaście lat" odpowiedziałam " I nadal jeszcze noszę trampki". Mój głos brzmiał strasznie naiwnie, jakby śmierć przysługiwała tylko osobom w eleganckich butach lub zniszczonych szpitalnych kapciach. Powiedziałam mu też, że to nie jego wina, że zrobił co mógł. Nie odpowiedział mi.
Pamiętam, że się wyspowiadałam. Ojciec, który posługiwał w szpitalu powiedział, że było we mnie wiele zła. Ale ja w tym śnie wiedziałam, że Bóg jest miłosierny.
Powiedziałam mamie wreszcie, że przecież ją kocham i przepraszam, i że nie chciałam nigdy kłócić się z nią. Po raz pierwszy i ostatni przyjęła przeprosiny. Martwiłam się o babcię. Przecież sama jest chora, co się stanie, kiedy się o mnie dowie?
Pamiętam też, że widziałam się z Pawłem. Poprosiłam go, żeby zaopiekował się Ewą i żeby powiedział Marco, że nie przyjdę na włoski i że zawsze jego lekcje poprawiały mi nastrój. Powiedziałam mu: "Szkoda, że nie mam więcej czasu".
Chciałam porozmawiać z Patrykiem i przeprosić Artura, ale żadnego z nich nie było.
I byłam na spacerze, w Łomnie. Poszłam na most jak za dawnych czasów, i padał deszcz. Kiedy wróciłam, załamywali ręce nade mną. "Jak ty mogłaś wyjść na dwór w takim stanie?" mówili. Mówili "Powinnaś zdrowo jeść" a ja odpowiadałam, że to nie ma już znaczenia i jadłam słodkie kiwi. Czułam, jak mi strzelają w zębach czarne pestki.
Już nie pamiętam, kiedy i jak umarłam, ani czy w ogóle. Ale przypomniał mi się wiersz, który napisałam kiedyś. Zadziwiająco pasuje.


trochę się jednak boję
że zanim miłość przycupnie w przedsionkach
śmierć mi się zakomorzy na dobre
i rozpłynie leniwie 
autostradami tętnic


pokochaj mnie
zanim podpiszą akt zgonu


poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Let's go to Boston.







Ten teledysk, trochę marzeń i cała noc przede mną. Nie chcę iść spać. Chcę napisać list, chcę się spakować i wyjechać, gdziekolwiek. Do Białobrzegów. Albo do Bostonu. Chcę spotkać swoją soul sister i przesiedzieć całą noc na dachu pijąc piwo i gadając o tych wszystkich zajebistych rzeczach, które zrobimy. A potem o świcie wypić kawę. Z brązowym cukrem.

Ach, no i Veri wreszcie coś nabazgrała. Nareszcie, dude! Mydło i ostatnie krople whisky made my night, totalnie. Strasznie lubię te jej stories.

Jedźmy do Bostonu.


wtorek, 24 kwietnia 2012

Nocą.


Tak mi wpadł przez przypadek, gdzieś tam, kiedy spacerowałam nocą po Sieci. Jeden z tych dziesiątków wierszy Poświatowskiej, które znam już prawie na pamięć. Nadal marzę o własnym tomiku jej wierszy.


Boże mój zmiłuj się nade mną
czemu stworzyłeś mnie 
na niepodobieństwo
twardych kamieni
Pełna jestem twoich tajemnic
wodę zamieniam w wino pragnienia
wino - zamieniam w płomień krwi.
Boże mojego bólu
atłasowym oddechem wymość
puste gniazdo mojego serca
Lekko - zeby nie pognieść skrzydeł
tchnij we mnie ptaka
o głosie srebnym z tkliwości


I jeszcze jeden. Na dobry sen:


obiecywałam niebo
ale to nieprawda
bo ja cię w piekło powiodę
w czerwień - ból


nie będziemy obchodzić rajskich ogrodów
ani zaglądać przez szpary
jak kwitnie georginia i hiacynt
my - położymy się na ziemi
przed brama czarciego pałacu


zaszeleścimy anielsko
skrzydłami o pociemniałych zgłoskach
zaśpiewamy piosenkę
o ludzkiej prostej miłości


w promyku latarni
świecącej stamtąd
pocałujemy się w usta
szepniemy sobie - dobranoc
zaśniemy


sobota, 14 kwietnia 2012

I don't know what to write

Jestem. Żyję. Nie zaginęłam i nie umarłam na żadną tropikalną chorobę. Tylko że przygotowania do studiów i ogólnie, do dorosłego życia, zajmują mi ostatnio więcej czasu niż przewidywałam.
Z mniej istotnych informacji: zapisałam się na prawko. Uwaga, polscy przechodnie, ulice nie są już tak bezpieczne jak kiedyś! A potem zrobię na motor :3
Uczę się włoskiego, rysuję i maluję, szukam kogoś do potrzymania za rękę. To w sumie streszcza ostatnie tygodnie. Nie wiem nadal co zrobić ze swoim życiem, na razie staram się go po prostu nie marnować siedzeniem w domu. Chociaż... dzisiaj to akurat dałam popisową lekcję lenistwa i nicnierobienia. Jem, leżę, tyję i czytam Internet.
I jeszcze z mniej znaczących niusów. Poznałam kolesia. Przystojny, wychowany i inteligentny. Co z tego, jak mieszka fhój daleko? Życie mi tu zapachniało ironią.
Jak zazwyczaj.

sobota, 17 marca 2012

Quite lucky shamrocks


Dziś króciótko, bo jestem dziwnie zmęczona. Po pierwsze: na VH1 zafundowali mi dziś całkiem miły poranek. Pięć zacnych songów pod rząd i od razu człowiek inaczej patrzy na świat C: Po drugie, wygrałam zabieg na włosy. Niby nic, ale zawsze więcej niż zazwyczaj. A i tak im się przyda, strasznie zniszczone są. Po trzecie, brat cioteczny wygrał dziś walkę na turnieju (trenuje kick boxing), co mi niesamowicie poprawiło nastrój. Ładnie się bił, zaiste. Może kiedyś będę miała w rodzinie jakiegoś mistrza ;) Po czwarte, mam kolejny pomysł na studia. Po piąte, zapomniałam, że dziś moje ulubione święto. I nie wiedzieć czemu siedemnasty marca oprócz Irlandii kojarzy mi się  z zapachem Adidas Fruity Rythym. Ale to dobre skojarzenie.
Dorzucam jedną z moich ulubionych piosenek Flogging Molly i robię próbę generalną śmierci. Branoc.


wtorek, 13 marca 2012

Dziary w dziwnych miejscach




Tak, ten song dobrze na mnie działa. Cienkie papierosy, Beatelsi  i dziary do mnie przemawiają. Plus ten hipisowski teledysk, ładne. Coś we mnie rusza, a to dobrze.
Ostatnio nic u mnie nowego. Oprócz tego, że nadal uczę się lubić siebie i być sobą, co różnie mi wychodzi. Poza tym, obiecałam sobie, że jeśli uda mi się schudnąć 15 kg, to w nagrodę zafunduję sobie tatuaż. Mamie się to nie spodobało, ale co tam. Nie jej ciało, a i postaram się też, żeby nie jej pieniądze.
No i martwię się o przyjaciół. I dobrze, od tego jestem ich przyjaciółką, żeby się martwić. Kto ma to robić za mnie? Żadne z nich nie zasłużyło sobie na to, co dostało. Ale wierzę, że oboje dadzą sobie jakoś radę. Muszą.

Prawda, że muszą?

niedziela, 4 marca 2012

Summertime sadness

Chcę lata. Żeby móc przejść się nad Lubiankę i boso chodzić po molo. Jeść lody i grać piosenki na gitarze siedząc na dachu. Żeby wreszcie pomidory miały jakiś smak. Żeby z samego rana móc otworzyć na oścież okna. Jechać w góry.
Jakieś niezrozumiałe przeczucie mówi mi, że latem wszystko jakoś się ułoży. Że będzie łatwiej. A może to tylko moja naiwność.Jestem znudzona domem, gdzie oprócz telewizji i facebooka nie ma nic do roboty. Chciałabym się stąd wyrwać na kilka dni, na kilka godzin. Brak kontaktu z ludźmi mnie dobija.
Chcę lata. Latem jakoś lepiej.

czwartek, 1 marca 2012

In the beauty queen style




Może i jestem monotematyczna, ale musze przyznać, że Lana T.O.T.A.L.N.I.E mnie oczarowała. Ostatnimi dniami słucham jej muzyki niemal na okrągło. Ten jej specyficzny, melancholijno - dekadencki urok zepsutej beauty queen dosłownie hipnotyzuje. Pierwszy raz od daaaawna, poczułam się przez coś zainspirowana w takim stopniu. Pierwszy raz chyba w życiu poczułam, że bycie kobietą może być takie fascynujące.
Chyba gdzieś tam po prostu zawsze marzyłam, żeby być dziewczyną z jej piosenek. Zdegenerowaną królową piękności, a nie oazowiczką z nadwagą. Żyć pełną piersią, a nie wegetować i myśleć o studiach i poukładanym, grzecznym życiu. 

They say I'm wasting time, they said that I'm no good 
Cause I'ma love my life, not doing what I should
Call me poison ivy cause I'm far from good
Pretty from afar like a dark star

They say I'm dangerous, they think I'm really bad,
I'm just making up for what I never had
Go out every night whenever I feel sad
All this drive I love got me crazy like a truck

I wear my red lipstick, got my make up on
Stumble into trouble, singing with a sad song
They all got girlfriends, but I'm the one that they want
It's America with the blue mascara on

I spent my whole life driving in cars with boys,
Riding 'round town drinking in the white noise
Used to talk about where we'd be and where we'd go.
Now we know, baby, now we know
Spent my whole life wasted in cars with boys
Playing rock 'n' roll dancing in the white noise
Used to talk about where we'd be and where we'd go.
Now we know, baby, now we know (..)"

Ale wiecie co? Lana pomogła mi odkryć, że - JESTEM - urzekająca. A skoro ja to już wiem, to inni też sie dowiedzą.

wtorek, 31 stycznia 2012

All I need

To był dobry weekend. Wyrwałam się z domu. Spotkałam ze znajomymi. Wybrechtałam za wszystkie czasy. Jadłam to, czego nie powinnam. Śpiewałam. Próbowałam zmierzyć się ze swoimi fobiami. Napisałam na szybie busa "I believe in Sherlock".Wróciłam zmęczona i zmarznięta. Rysowałam, a ręce miałam całe niebieskie od pasteli. Płakałam i byłam wściekła.
A poza tym, czeka mnie kardiolog, bo arytmia. Przydałby się jeszcze facet, bo samotność.
A tu kilka rzeczy z kwejka i innych. Małe inspiracje dla nocnych myśli.
















.
.
.
.
.
WSZYSTKO czego mi trzeba. 

środa, 18 stycznia 2012

Some shit

Zapomniałam. Łapaj, chciałeś wierszydło, to masz!

już nic się nie śni
białe złote plamy na źrenicach każdej bezbożnej nocy
pul pul pulsuje ekran na linii ust
wdycham zapach społecznościach portali jak mantrę powtarzam
planuję obicie fotela długie wieczory wtulone w czyjeś ręce
marzeniom ciasno
przekręcam klucz do klatki
na zewnątrz już jasno

60s, Rock and Death

Jak on to zrobił? Jak on to zrobił? Przecież to niemożliwe! No JAK?
Jeśli tylko to chodzi Ci po głowie po obejrzeniu filmu, znaczy, że ostatnie półtorej godziny i miesiące pracy aktorów i ekipy nie poszły na marne. Sherlock w wykonaniu BBC rules.Ale nie, seriously, Reichenbach Fall powalił mnie na kolana. Była drama, jak zapowiedziała Ewa, i to zdrowa. A ostatnie słowa Johna nad grobem... Heh. I w ogóle. Cud, orzeszki (miód pomijam, bom na diecie).
To jedno. A poza tym drugi news z mojego maleńkiego życia: mój pokój jednak postanowiłam urządzić na lata 60-te. Może inaczej: a'la lata 60-te, bo tak do końca nie da rady - za dużo kasy i roboty. Ale i tak czekają mnie (albo raczej rodziców) spore wydatki. Fotel na cienkich nóżkach i to jeszcze w odpowiednim kolorze to nie taka prosta sprawa. Wczorajsza noc i dzisiejsze popołudnie na aukcjach, stronach sklepów meblowych i ebayu, i nadal nie mogę znaleźć czegoś odpowiedniego poniżej dwóch tysięcy. No a dwa tysiące to trochę za dużo.No, chyba, że kupię staroć i odrestauruję. Ale żeby jeszcze były w sprzedaży odpowiednie obicia tapicerskie... Poza tym, nie mam pojęcie ile taka renowacja może kosztować i czy w ogóle się opłaca. Zobaczymy. Bo poza fotelem, reszta dodatków jakoś pójdzie. Plakaty, radio w stylu retro, poduchy się kupi bez większego problemu. Tylko ten chędożony fotel... ):
I jeszcze jedno z dzisiaj: moja mama słucha rocka. Nie wiem, czy lubi, ale słucha. Głośno. ^^
Aaaaa, macie. Kilka fotek wnętrz stylizowanych na lata 60-te :)






wtorek, 17 stycznia 2012

niedziela, 8 stycznia 2012

Nienawidzę tytułować postów

Za cholerę nie wiem, co za bzdety będę tu pisać. Pewnie i tak, jak 98,9% moich blogów, skończy się na dwóch, trzech notkach. Ale. Może jakimś cudem tym razem uda się dobić do dziesięciu. Trzymam kciuki w każdym bądź razie.
Swoją drogą, fajne tu mają szablony. Niektóre.